Aktualności

Po liście obecności zostało nas bardzo niewielu. Nie zamierzam zamykać bloga, jeśli chcecie, kontynuujcie wątki. Krakowskie Liceum przechodzi poważny zastój; stało się to dość szybko, nie ma chyba więc sensu rozpaczliwie reanimować bloga.


Dziękuję wszystkim, którzy dotąd z nami wytrwali! :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aleksander Godlewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aleksander Godlewski. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 października 2015

I kosztuję Paryża zgniłowonny roquefort.


Aleksander Godlewski
Nauczyciel francuskiego
Wychowawca 3 B

 


Enfant terrible krakowskiej romanistyki porzućcie wszelką nadzieję wy którzy tu wchodzicie Dziś rano cały świat kupiłem Sprzedam dom, w którym nikt już nie mieszka Paryż na wiosnę cudny jest, ja z opowiadań o tym wiem i wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.

 Kraków 11.05.1985.

 

Bon, bah... Voici, moi mili, historia stara jak świat. Historia pewnego przeciętnego człowieka, który rodzi się w jakimś mieście. Nawet nie jakimś, bo w Krakowie. Zero dramatów. Ot, przeciętna polska rodzina. W niedzielę rosół, w poniedziałek pomidorowa. Na wakacje nad morze, na ferie w góry.

Słowem: nuda. Nic się nie dzieje. Jak w Śmierci w Wenecji, albo w pierwszych filmach Jima Jarmuscha. Życie Olka jest tak nieciekawe, że nawet statystyczny Kowalski nie chciałby się z nim zamienić miejscami. Tylko szkoła, dom, książki. Zero dzikich imprez, zero koleżanek, nawet papierosów brak, co faktycznie mogłoby odstraszyć nawet wspomnianego wcześniej reżysera. 
Cała ta pospolitość gromadzi się gdzieś, płynie w żyłach, odkłada w jego ciele i musi w końcu doprowadzić do wielkiej rewolucji. Godnej tej francuskiej.

Aż pewnego dnia przy standardowej, rodzinnej kolacji, koło siedemnastej, mama oznajmia, że odchodzi. Ojciec nawet nie przestaje kroić swojego kawałka gęsi i nie podnosi wzroku znad talerza. Tylko Olek zamiera. Bo nie rozumie, jak jego rodzina podobna do tej z reklamy serka Almette, nagle posypała się jak domek z kart.

Mama odchodzi. Bo poznała jakiegoś francuza. A Olka weźmie ze sobą.
I na nic płacz, że tu przyjaźnie, że chce zacząć liceum, iść na studia prawnicze. Może to dlatego, że w telewizji nadawano wtedy jeszcze Ally McBeal. Tak dziatwo, to były dokładnie te czasy. Nie będzie jednak Ally McBeal. Będzie mikroskopijne mieszkanie w Paryżu, które kupuje dla jego matki niejaki Jean, czy inny Donatien.

Aleksander zaczyna naukę we Francji i szybko zdaje sobie sprawę, w jak idiotycznym położeniu się znalazł. Nie pomagają błagalne telefony do ojca. Jeśli będzie chciał, wróci do Polski na studia. Na prawo nie ma już szans.
Gdy tylko przybywa do Krakowa, ma wrażenie, że będzie całował każdy skrawek polskiego bruku, niebieskie tramwaje i obwarzanki, których nigdy nie lubił. Kocha już nawet gołębie. I chce zapomnieć o wszystkim, co francuskie.

Tak... No cóż. I właśnie dlatego idzie na romanistykę...
Do Paryża wraca już rzadko. Z podróży przywozi sery, francuską literaturę, a potem jeszcze jakąś Paryżankę, która też uważa, że nie ma nic piękniejszego, niż przechadzać się o poranku Parkiem Krakowskim.

W liceum zaczyna pracę zaraz po skończeniu studiów. Olek jest realistą. Wie, że nigdy nie zostanie wielkim romanistą, choć zna język lepiej niż jego koledzy z kierunku. Nie uśmiecha mu się jednak tłumaczenie do końca życia instrukcji obsługi czajników. Zresztą naprawdę lubi dzieciaki. Rodzice nie są zbyt zachwyceni. Uważają, że stać go na więcej, ale Aleksander po prostu zawsze chciał iść do polskiego liceum. Więc teraz chodzi tam codziennie.



___________________________
dzień dobry, witamy z Olusiem, życzymy smacznego i nie gryziemy! 
lubimy wątki i powiązania, wszystko lubimy, wybredni nie jesteśmy!